środa, 13 lutego 2013

Najpiękniejsza historia o miłości


   Na świecie jest wiele historii o miłości.  Jedne są wspaniałe, chwytają za serce, inne natomiast odstraszają swoją dosłownością, głupotą i przerysowaniem.  Czytelnik zawsze lubi sobie coś dopowiedzieć, dlatego chętnie czyta się historie z zakończeniem pozwalającym uruchomić wyobraźnię. Romanse pisało wielu, ale także i… życie. I, moim zdaniem, to właśnie życie stworzyło TĄ historię o miłości, tą którą ja uważam za najpiękniejszą. Gdzie ją usłyszałam? Nie wiem, może we śnie*, a może w zwykły zimowy wieczór? Postaram się Wam ją opowiedzieć, tak, jak ją usłyszałam.

Czasy przed i w trakcie drugiej wojny światowej
  
   Miała długie, ciemne włosy, które zaplatała w długi warkocz. Była po prostu dziewczynką, ładna i ambitną. Urodziła się na terenie zwyczajnej wsi. Miała dużą, pełną rodzinę i nic nie zapowiadało, że będzie nieszczęśliwa. Tak w sumie, nigdy nie była. Bóg był dla niej sensem życia, pasąc krowy, jak to w tamtych czasach, uczyła się różnych wierszyków i modlitw, które później odmawiała z całą rodziną. Kochała ich, pomimo tego, że mieli wiele wad.
   Nastała wojna, cała, wielodzietna rodzina, musiała uciekać do krewnych. Wzięli ze sobą wszystko, co uznali za potrzebne i poszli. Na szczęście, jej ojciec  znał niemiecki i mógł się na tyle porozumieć z Niemcami, że nikomu nic się nie stało. Gdy opowiada mi o tym, że wtedy, po raz pierwszy spróbowała czekoladę, która dostała od zakonnic, na jej twarzy błąka się szczery uśmiech. Coś tak prostego, a jednocześnie tak niezwykłego.
   Wojna nadal trwała, Helena, bo tak owa bohaterka tej opowieści ma na imię, poszła do szkoły niemieckiej.  Miała najlepsze oceny, zawsze przygotowana na wszystkie przedmioty. Wtedy tez umarł jej brak, a kuzynkę zamordowali w Auschwitz. Do dzisiaj nie wiadomo, za co.

Kilka lat po drugiej wojnie światowej
  
    Nie pamiętała, która to była pora roku, ale to nieważne. Był on, on i wiele innych, którzy pragnęli zdobyć  jej serce. Kiedy miała piętnaście lat, do niej i jej sióstr zaczęli zjeżdżać się młodzi mężczyźni, tacy z krwi i kości. Dla nich nie liczyło się to, ile kobieta miała centymetrów w biuście czy płaski brzuch. Oni kochali je takimi, jakimi są. Teraz takich brakuje, nawet ona to przyznaje. Paweł, bo takie imię nosi drugi główny bohater tej historii, wcale nie był najpiękniejszy z wszystkich adoratorów, nie śpiewał również najlepiej, a także jego muzyka nie była najcudowniejsza. Czemu więc wybrała właśnie jego? Kochał ja, kochał całym sercem i ciągle pragnął zdobywać. Nigdy jej nie całował, gdy tego nie chciała. Zawsze starał się być przy niej i odpędzał tych, którzy również pragnęli mieć kobietę jego życia.
   Nie mówiła mi, w jakich okolicznościach się jej oświadczył, ale na pewno musiało być to coś zwykłego, a jednocześnie niezwykłego. Na zabawie chłopcy zabrali harmonijkę i grali jej różnorakie piosenki, mówiące o tym, jak bardzo kochają Helenę. Paweł ostatni miał okazję zagrać na instrumencie.  Śpiewał  o takich rzeczach, że łzy napłynęły mu do oczu. Śpiewał, że ją kocha, że pragnie czułości, ale jeśli ona tego nie chce, niech da mu ta ostatnia niedzielę, o tylko tyle prosi. Ona też wtedy się rozpłakała. Gdy stanęli na ślubnym kobiercu Helena miała dziewiętnaście lat, a Paweł dwadzieścia. Byli naprawdę młodzi, ale wiedzieli, ze to miłość na całe życie.


Kilka lat później
    
   Pawłowi na studiach szło znakomicie, Helena poświęcała się pracy w biurze i wychowywaniu dwójki dzieci – starszej córki i młodszego syna. Młoda kobieta nieomal otarła się o śmierć spowodowaną rakiem, ale, na szczęście choroba minęła. Któregoś dnia w pracy odebrała telefon, w którym powiedzieli jej, ze teściowa jest w szpitalu. Od razu wiedziała, że tak naprawdę nie jest, gdyż matka jej męża mieszkała z dwoma córkami. Pojechała czym prędzej tam, gdzie jej kazali i okazało się, że Paweł, jej Paweł leży chory w szpitalu. Słowa lekarzy były dla niej jak wyrok, bardzo niesprawiedliwy wyrok: „Zostały mu trzy miesiące życia. Jeśli maja państwo dzieci, niech się z nim pożegnają”. Helena, cała we łzach, przyjechała do szpitala z dziećmi, jednak nie powiedziała im o stanie zdrowia ich taty. Byli na to za młodzi, córka miała dziesięć lat, a synek trzy. Nie chciała, by oni cierpieli tak bardzo.
  
    Minęły trzy miesiące, a Paweł nie chciał odchodzić do Pana. Wysłali go na terapię do znajomego księdza i cudem ozdrowiał. Od tego dnia Helena zawsze modliła się o zdrowie dla swojego męża. Uznała to za cud, którym trzeba podzielić się ze światem, choćby tym najbliższym.

Czasy PRL-u
    
   Miała sen. Śniło jej się, że śmierć lata nad ich domem i zabiera go, jej ukochanego męża na druga stronę świata. Niebo się rozstąpiło i już, postać w białej pelerynie sunęła, niemal dotykała komina domu, by w końcu odjeść. W tym samym tygodniu umarł ich sąsiad.
  
    Następnym razem śniło jej się, że śmierć idzie do niej, ciągnie ją z łózka. Wyrywała swą dłoń z jej uścisku, tym samym próbując obudzić męża. Na nic. Postać w białej pelerynie, widząc to, odpowiedziała: „Przyjdę do ciebie w osiemdziesiątym szóstym”.  Paweł był bardzo zaniepokojony. Powiedział Helenie „Uważaj, bo tobie się lubi wyśnić”. Śmierć chciała przyjść, ale jej się to nie udało. W osiemdziesiątym ósmym w ich kuchni nastąpił wybuch gazu. Helena cała oparzona pognała do łazienki i próbowała gasić się.  Przeżyła. W tym czasie, Helena i Paweł dorobili się wnuków. Maciuś, najmłodszy, napisał jej na kartce w dniu babci „Babciu, i żeby ta śmierć przyszła dwadzieścia ta później”.

Po roku 2000
    
   Pięćdziesiąta rocznica małżeństwa. Huczna zabawa w gronie rodziny, mnóstwo śmiechu, radości. Kochali się, nadal, mimo że minęło tak wiele lat, odkąd byli młodzi. On nadal uważał ją za najpiękniejsza na świecie, ona wciąż widziała w nim jej ukochanego muzykanta, który nie boi się o nią walczyć. Życie mijało im spokojnie, czuli rodzinne ciepło.

Początek roku 2009
    
   Paweł miał problemy z zębami, ale poszedł do dentysty, gdzie zrobiono mu zabiegi, które wyeliminowały jego problemy.

Dzień babci i dziadka, Helena i Paweł z wnukami i prawnukami świętowali.    Kilka dni później okazuje się, ze Paweł ma zapalenie płuc.
W ciągu następnych dni, Helenę i Pawła odwiedzali znajomi. W trakcie jednego z takich spotkań teraz już niemal osiemdziesięcioletni mężczyzna, wyjął harmonijkę, zaczął grać i śpiewać. Śpiewał dla Heleny, jego ukochanej. W tekście piosenki  była mowa o tym, że był w pracy i pisał list, który przerodził się w wiersz o kobiecie, którą kocha. Była dla niego idealna, czuła i zawsze ją podziwiał i zabiegał o nią. Wszyscy obecni klaskali mu, wyrażali swoja aprobatę w kierunku człowieka, który wciąż miał młode serce. Gdy wyszli, Paweł usiadł obok Heleny i patrząc jej w oczy powiedział, że z tych wszystkich kobiet, choć najstarsza, wyglądała najmłodziej i najpiękniej.

Tydzień później zmarł, a Helena żyje na tym świecie już cztery lata bez niego. I wciąż kocha. I wciąż, gdy o nim mówi jej oblicze młodnieje, jakby znów miała dwadzieścia lat. Oczy są radosne, błyszczą się, a wszystkie troski, kłopoty znikają. Nie liczy się nic, prócz miłości, którą kiedyś obdarzył ją pewien muzykant.

***
*ta historia nie jest snem

I oto jest. historia miłosna, tak w przeddzień Walentynek, których nie lubię. Czemu? Ponieważ właśnie to, co napisałam wyżej wyciska mi łzy z oczy zawsze, ilekroć o tym myślę. Tak naprawdę, jest to życie mojej prababcie, do której wszyscy mówią "babciu Lenciu". Byłam dzisiaj u niej i po prostu nie mogłam nie napisać tutaj tego. Nie wiem, czy udało mi się to ubrać w dobre słowa, ale wierzcie mi, drodzy nieistniejący Czytelnicy, płaczę, gdy pisze to posłowie. płaczę, bo to najpiękniejsza historia o miłości - napiękniejsza, ponieważ obrazuje, że miłość nigdy nie umiera.

PS Pewnie zauważyliście powtórzenia w niektórych miejscach. w większości przypadków są one zamierzone.

piątek, 8 lutego 2013

Początek


Marzę, by być jak...

Marzę, by być jak kruk.
Ciągle latać w przestworzach.
Marzę, by być jak mewa.
Przelatywać, a w tle zorza.
Marzę, by być jak sójka.
Zawsze kolorowa.
Marzę, by być jak sikorka.
Nigdy nie zraniona.
Marzę, by być jak sowa.
Zawsze kipieć mądrością.
Marzę, by być jak kanarek.
Zadziwiać wszystkich pięknością.
Marzę, by być jak bocian.
Piękny zwiastun wiosny.
Marzę, by być jak papuga.
Zawsze mieć uśmiech radosny.
Marzę, by być jak jaskółka.
Zwiastować dobre chwile.
Marzę, by być jak orzeł.
Przebywać odległe mile.
Marzę, by być jak...
Jak ja.
Po prostu zwykła dziewczyna,
Która niewiele wie
I mało jeszcze przeżyła.


***

Wiersz za który dwa lata temu miałam II miejsce w powiatowym konkursie poetyckim. Tak na dobry początek i krótko o tym blogu: mam zamiar tutaj wstawiać wiersze, miniaturki i inne krótkie twory, bo               z autopsji wiem, że pisanie dłuższych opowiadań po prostu mi nie leży. Posty nie będą pojawiały się regularnie, za co przepraszam, alezapraszam do czytania. ;)

Obserwatorzy