Na świecie jest
wiele historii o miłości. Jedne są
wspaniałe, chwytają za serce, inne natomiast odstraszają swoją dosłownością,
głupotą i przerysowaniem. Czytelnik
zawsze lubi sobie coś dopowiedzieć, dlatego chętnie czyta się historie z
zakończeniem pozwalającym uruchomić wyobraźnię. Romanse pisało wielu, ale także
i… życie. I, moim zdaniem, to właśnie życie stworzyło TĄ historię o miłości, tą którą ja uważam za najpiękniejszą. Gdzie ją
usłyszałam? Nie wiem, może we śnie*, a może w zwykły zimowy wieczór? Postaram się
Wam ją opowiedzieć, tak, jak ją usłyszałam.
Czasy przed i w
trakcie drugiej wojny światowej
Miała długie,
ciemne włosy, które zaplatała w długi warkocz. Była po prostu dziewczynką,
ładna i ambitną. Urodziła się na terenie zwyczajnej wsi. Miała dużą, pełną
rodzinę i nic nie zapowiadało, że będzie nieszczęśliwa. Tak w sumie, nigdy nie
była. Bóg był dla niej sensem życia, pasąc krowy, jak to w tamtych czasach,
uczyła się różnych wierszyków i modlitw, które później odmawiała z całą rodziną.
Kochała ich, pomimo tego, że mieli wiele wad.
Nastała wojna,
cała, wielodzietna rodzina, musiała uciekać do krewnych. Wzięli ze sobą wszystko,
co uznali za potrzebne i poszli. Na szczęście, jej ojciec znał niemiecki i mógł się na tyle porozumieć z
Niemcami, że nikomu nic się nie stało. Gdy opowiada mi o tym, że wtedy, po raz
pierwszy spróbowała czekoladę, która dostała od zakonnic, na jej twarzy błąka
się szczery uśmiech. Coś tak prostego, a jednocześnie tak niezwykłego.
Wojna nadal trwała,
Helena, bo tak owa bohaterka tej opowieści ma na imię, poszła do szkoły
niemieckiej. Miała najlepsze oceny, zawsze
przygotowana na wszystkie przedmioty. Wtedy tez umarł jej brak, a kuzynkę
zamordowali w Auschwitz. Do dzisiaj nie wiadomo, za co.
Kilka lat po drugiej
wojnie światowej
Nie pamiętała, która
to była pora roku, ale to nieważne. Był on, on i wiele innych, którzy pragnęli
zdobyć jej serce. Kiedy miała piętnaście
lat, do niej i jej sióstr zaczęli zjeżdżać się młodzi mężczyźni, tacy z krwi i
kości. Dla nich nie liczyło się to, ile kobieta miała centymetrów w biuście czy
płaski brzuch. Oni kochali je takimi, jakimi są. Teraz takich brakuje, nawet
ona to przyznaje. Paweł, bo takie imię nosi drugi główny bohater tej historii,
wcale nie był najpiękniejszy z wszystkich adoratorów, nie śpiewał również najlepiej,
a także jego muzyka nie była najcudowniejsza. Czemu więc wybrała właśnie jego?
Kochał ja, kochał całym sercem i ciągle pragnął zdobywać. Nigdy jej nie
całował, gdy tego nie chciała. Zawsze starał się być przy niej i odpędzał tych,
którzy również pragnęli mieć kobietę jego życia.
Nie mówiła mi, w
jakich okolicznościach się jej oświadczył, ale na pewno musiało być to coś
zwykłego, a jednocześnie niezwykłego. Na zabawie chłopcy zabrali harmonijkę i
grali jej różnorakie piosenki, mówiące o tym, jak bardzo kochają Helenę. Paweł
ostatni miał okazję zagrać na instrumencie.
Śpiewał o takich rzeczach, że łzy
napłynęły mu do oczu. Śpiewał, że ją kocha, że pragnie czułości, ale jeśli ona
tego nie chce, niech da mu ta ostatnia niedzielę, o tylko tyle prosi. Ona też
wtedy się rozpłakała. Gdy stanęli na ślubnym kobiercu Helena miała dziewiętnaście
lat, a Paweł dwadzieścia. Byli naprawdę młodzi, ale wiedzieli, ze to miłość na
całe życie.
Kilka lat później
Pawłowi na studiach
szło znakomicie, Helena poświęcała się pracy w biurze i wychowywaniu dwójki
dzieci – starszej córki i młodszego syna. Młoda kobieta nieomal otarła się o śmierć
spowodowaną rakiem, ale, na szczęście choroba minęła. Któregoś dnia w pracy
odebrała telefon, w którym powiedzieli jej, ze teściowa jest w szpitalu. Od
razu wiedziała, że tak naprawdę nie jest, gdyż matka jej męża mieszkała z dwoma
córkami. Pojechała czym prędzej tam, gdzie jej kazali i okazało się, że Paweł,
jej Paweł leży chory w szpitalu. Słowa lekarzy były dla niej jak wyrok, bardzo
niesprawiedliwy wyrok: „Zostały mu trzy miesiące życia. Jeśli maja państwo
dzieci, niech się z nim pożegnają”. Helena, cała we łzach, przyjechała do
szpitala z dziećmi, jednak nie powiedziała im o stanie zdrowia ich taty. Byli
na to za młodzi, córka miała dziesięć lat, a synek trzy. Nie chciała, by oni
cierpieli tak bardzo.
Minęły trzy
miesiące, a Paweł nie chciał odchodzić do Pana. Wysłali go na terapię do
znajomego księdza i cudem ozdrowiał. Od tego dnia Helena zawsze modliła się o
zdrowie dla swojego męża. Uznała to za cud, którym trzeba podzielić się ze światem,
choćby tym najbliższym.
Czasy PRL-u
Miała sen. Śniło jej
się, że śmierć lata nad ich domem i zabiera go, jej ukochanego męża na druga
stronę świata. Niebo się rozstąpiło i już, postać w białej pelerynie sunęła,
niemal dotykała komina domu, by w końcu odjeść. W tym samym tygodniu umarł ich
sąsiad.
Następnym razem śniło
jej się, że śmierć idzie do niej, ciągnie ją z łózka. Wyrywała swą dłoń z jej
uścisku, tym samym próbując obudzić męża. Na nic. Postać w białej pelerynie,
widząc to, odpowiedziała: „Przyjdę do ciebie w osiemdziesiątym szóstym”. Paweł był bardzo zaniepokojony. Powiedział Helenie
„Uważaj, bo tobie się lubi wyśnić”. Śmierć chciała przyjść, ale jej się to nie
udało. W osiemdziesiątym ósmym w ich kuchni nastąpił wybuch gazu. Helena cała
oparzona pognała do łazienki i próbowała gasić się. Przeżyła. W tym czasie, Helena i Paweł
dorobili się wnuków. Maciuś, najmłodszy, napisał jej na kartce w dniu babci „Babciu,
i żeby ta śmierć przyszła dwadzieścia ta później”.
Po roku 2000
Pięćdziesiąta
rocznica małżeństwa. Huczna zabawa w gronie rodziny, mnóstwo śmiechu, radości.
Kochali się, nadal, mimo że minęło tak wiele lat, odkąd byli młodzi. On nadal uważał
ją za najpiękniejsza na świecie, ona wciąż widziała w nim jej ukochanego muzykanta,
który nie boi się o nią walczyć. Życie mijało im spokojnie, czuli rodzinne ciepło.
Początek roku 2009
Paweł miał problemy
z zębami, ale poszedł do dentysty, gdzie zrobiono mu zabiegi, które
wyeliminowały jego problemy.
Dzień babci i dziadka, Helena i Paweł z wnukami i prawnukami
świętowali. Kilka dni później okazuje
się, ze Paweł ma zapalenie płuc.
W ciągu następnych dni, Helenę i Pawła odwiedzali znajomi. W
trakcie jednego z takich spotkań teraz już niemal osiemdziesięcioletni
mężczyzna, wyjął harmonijkę, zaczął grać i śpiewać. Śpiewał dla Heleny, jego
ukochanej. W tekście piosenki była mowa
o tym, że był w pracy i pisał list, który przerodził się w wiersz o kobiecie,
którą kocha. Była dla niego idealna, czuła i zawsze ją podziwiał i zabiegał o
nią. Wszyscy obecni klaskali mu, wyrażali swoja aprobatę w kierunku człowieka,
który wciąż miał młode serce. Gdy wyszli, Paweł usiadł obok Heleny i patrząc jej
w oczy powiedział, że z tych wszystkich kobiet, choć najstarsza, wyglądała
najmłodziej i najpiękniej.
Tydzień później zmarł, a Helena żyje na tym świecie już
cztery lata bez niego. I wciąż kocha. I wciąż, gdy o nim mówi jej oblicze
młodnieje, jakby znów miała dwadzieścia lat. Oczy są radosne, błyszczą się, a
wszystkie troski, kłopoty znikają. Nie liczy się nic, prócz miłości, którą
kiedyś obdarzył ją pewien muzykant.
***
*ta historia nie jest snem
I oto jest. historia miłosna, tak w przeddzień Walentynek, których nie lubię. Czemu? Ponieważ właśnie to, co napisałam wyżej wyciska mi łzy z oczy zawsze, ilekroć o tym myślę. Tak naprawdę, jest to życie mojej prababcie, do której wszyscy mówią "babciu Lenciu". Byłam dzisiaj u niej i po prostu nie mogłam nie napisać tutaj tego. Nie wiem, czy udało mi się to ubrać w dobre słowa, ale wierzcie mi, drodzy nieistniejący Czytelnicy, płaczę, gdy pisze to posłowie. płaczę, bo to najpiękniejsza historia o miłości - napiękniejsza, ponieważ obrazuje, że miłość nigdy nie umiera.
PS Pewnie zauważyliście powtórzenia w niektórych miejscach. w większości przypadków są one zamierzone.