W
świecie kwantowym żyły sobie elektrony. Były one zarówno dorosłe, jak i w wieku
dziecięcym. Miejscem ich zamieszkania
były miasta zwane atomami. W atomach były dzielnice, zwane powłokami i domki
zwane podpowłokami. Zwykle elektrony się nie lubiły, odpychały się od siebie,
bo wierzyły w dziwne fizyczne przekonanie, że przeciwieństwa się przyciągają,
więc nawet nie próbowały łączyć się w pary z sąsiadami. Do obiektu ich
westchnień należały raczej protony.
W mieście Chlor dwa protony poczuły
powołanie i postanowiły udać się do seminarium. Później wyjechali nawracać
antyprotony i słuch po nich zaginął. Parę lat później wiadome było, że
antyproton to antymateria, która w połączeniu z protonem robi wielkie BUM! Ale,
ale… Skoro dwa protony sobie uciekły, to znaczy, że brakuje pary dla dwóch
elektronów.
Pan Elektron i pani Elektronowa mieszkali w
jednym domku. W świecie kwantowym, tylko jeden elektron może mieszkać w jednym
pokoju, a że w domku są dwa pokoje, to choćby podanie sobie ręki jest niemożliwe.
Zakaz Pauliego jednak nie zabił prawdziwej miłości tych dwóch jednoimiennych
ładunków płci przeciwnej. Elektron i Elektronowa porozumiewali się poprzez
okienko wybudowane między pokojami. Ich miłość była naprawdę dziwna – kto
widział dwoje zakochanych ludzi, którzy nie chodzą za rękę na spacery, nie
przytulają się? Nikt tego nie widział, bo to nie istnieje, a jednak coś takiego
istnieje. Pauli, wielki fizyk, antyromantyk, nie przewidział tego, że elektrony
mogą mieć uczucia.
Pewnego dnia pan Elektron zawołał panią
Elektronową
-Elektrusiu,
kochanie, mogłabyś wyjrzeć przez okienko?
Ta
w odpowiedzi szybko pobiegła do miejsca ich długich rozmów i ujrzała swojego
ukochanego klęczącego z pierścionkiem w ręce
-Czy
zostaniesz moją żoną? – spytał, a z oczy Elektronowej popłynęły naładowane
ujemnie mini ładunki, zwane potocznie łzami
-Tak,
Elektronie, zostanę twoją żoną! – krzyknęła uradowana i, gdyby nie fakt, że
mogłaby zniszczyć cały system kwantowy, rzuciłaby się w ramiona swojego
narzeczonego.
Elektron rzucił przez okno pierścionek, jego
wybranka go podniosła i założyła na palec. Pół roku później odbył się ich ślub.
Ich rodzin nie mogło być na tej uroczystości, ponieważ ZNOWU antyromantyk (lub
fizyk, jak kto woli) Pauli, nie przewidział tego, że elektrony mogą pałać do
siebie sympatią. W każdym bądź razie –
ich ślub był transmitowany w kwantowej telewizji, aby każdy elektron mógł
zobaczyć, że trzeba walczyć o miłość mimo przeciwności losu oraz, że może
istnieć para, która nie trzyma się za ręce.
Rok po
ślubie pani Elektronowa zapytała się pana Elektrona
-Wiem,
że to niemożliwe, ale chciałabym mieć takie dzieciaczka, małego elektronka,
który by chodził w pokoju obok. Nie martw się, kochanie, na pewno coś
wymyślimy.
Jak elektron obiecał, tak zrobił. Nie mógł
wyjść na ulice, więc gdy jego małżonka zasnęła, zaczął modlić się do Boga
-Boże,
daj mojej zonie dziecko, tak, by w końcu była szczęśliwa! O nic innego Cię nie
proszę! – mówił z ujemnie naładowanymi łzami w oczach. Wtem stało się cos
dziwnego:
-Nie
martw się, sługo dobry – przemówił Bóg – dam twojej żonie dziecko, jeżeli
zgodzisz się opuścić świat kwantowy, bo wiesz, że wasz potomek musiałby mieć
taki sam stan kwantowy jak ty albo twoja zona, a to, według Pauliego, jest
niemożliwe.
-Tak,
Boże Miłosierny! Opuszczę świat kwantowy, byleby moja żona była szczęśliwa!
Wtedy Bóg przestał mówić. Gdy żona
następnego dnia obudziła się, ze zdziwieniem stwierdziła, że ma większy brzuch.
-Elektronku,
chyba będziemy mieć dziecko! Niemożliwe stało się możliwe, Bóg zesłał nam
potomka! – powiedziała uRADowana
-To
wspaniale! – cieszył się razem z nią Elektron, lecz wewnętrznie bardzo cierpiał.
W końcu, któregoś dnia, pani Eletronowa
poczuła, że mały elektronek chce dostać się do świata kwantowego w jak najszybszym
tempie. Mąż Elektronowej, mimo że był w drugim pokoju, patrzał się na
szczęśliwą prawie matkę. Ostatnim widokiem, który ujrzały jego oczy zapełnione
łzami, była szczęśliwa matka z dzieckiem. Sekundę później zniknął ze świata
kwantowego, dziecko zostało przeniesione do drugiego pokoju, a pani Elektronowa
zaczęła płakać. Z jednej strony była szczęśliwa, ale z drugiej zabrano jej
ukochanego męża.
Nigdy nie zaznała prawdziwego szczęścia,
podobnie jak ogromnego smutku. Wielki fizyk, antyromantyk, Pauli, nie
przewidział tego, że elektrony płci przeciwnej mogą chcieć poświęcić się
całkowicie dla danego elektronu, a przed wszystkim MIEĆ UCZUCIA. Tak więc
trwała w tych dwóch skrajnych emocjach do momentu, gdy świat kwantowy, podobnie
jak każdy inny, rozpadł się.
***
Dziwne to, nie wiem czemu to publikuje. w każdym razie - można przenieść elementy chemii kwantowej na opowiadanie? Można. ;p czyli Florence, jej zryta bania po rolkach z kumpelą, niezdrowe zamiłowanie do chemii, siedzenie na kółku z chemii z Karoliną, wiosna i ogóle - wielki optymizm!
Siedzę i śmieję się dłonią podpierającą czoło w geście kapitulacji. Nie wiem czy to kwestia jedynie kwantowego świata urojonego czy może jednak swój udział ma tu wirujący świat rzeczywisty no ale... Tak czy inaczej w dalszym ciągu wychodzę z założenia, że jesteś nienormalna. :P Ale jestem zdziwiona, nie ma tych potężnych i dłuuugich opisów uczuć itd? Robisz postępy. ;p To pewnie zasługa świata kwantowego. (Tudzież kwantowo-kwarkowego jak to podpowiada mi przeglądarka ...)
OdpowiedzUsuńW piątek znów będzie powtórka z tego, co tydzień temu? Pamiętaj,że to Ty natchnęłaś mnie do napisania tej, nie przeczę, dość schizowej miniaturki. ;D
UsuńW każdym bądź razie - dziękuję za komentarz, liczę na mojego i Twojego plusa z fizyki. ;p