poniedziałek, 3 czerwca 2013

Głośna cisza

    Moskwa nocą wygląda równie pięknie jak za dnia. Latarnie oświetlają ulice i ludzi. To miasto nigdy nie śpi, podobnie jak wiele innych na świecie. Ma jednak swój urok, taki, którego nie posiadają te inne metropolie, takie jak na przykład Wielkie Jabłko czy Los Angeles. Amerykańskie giganty zawsze wydają się ludziom przesadzone. 
Już na pierwszy rzut oka widać, że Moskwa jest mieszaniną wszystkiego. Milionerzy chodzą tymi samymi ulicami, co skrajnie ubodzy, alkoholicy rozmawiają z abstynentami, ludzie chcący pokoju na świecie zauważają cień szpiega czy członka mafii. Ateista pracuje razem z wyznawcą islamu, hindus sprzedaje jedzenie chrześcijaninowi, a żyd mieszka obok buddysty. Ludzie biali, żółci, czarnoskórzy, plastikowe królewny i osoby otyłe - wszystko się tutaj ze sobą miesza, tworząc mozaikę kultur, a przede wszystkim poglądów. Właśnie, dlatego w Moskwie tak łatwo się ukryć bądź pozostać anonimowym. Właśnie tutaj, gdzie gwar rozmów nigdy nie cichnie i światła nigdy nie gasną.
Różnice widać również w budynkach: obok łagodnych, czasami niemalże cukierkowych cerkwi czy pałacyków stoją stare rudery, nadające się jedynie na spalenie, strawione przez czas, pogodę, ale także i ludzi, a przede wszystkim ich, najczęściej złe, zamiary.
Młody mężczyzna idzie ulicami Moskwy. Nie obchodzi go nic, prócz celu, do którego zmierza. Cały świat mógłby umrzeć, byleby tylko dotarł tam, gdzie chce. Wiatr zaczyna wiać, a ten człowiek otula się kurtką i przeklina w myślach. Patrzy w niebo i widzi nadciągające chmury. Po chwili słyszy grzmot.
-Cudownie – warczy i przyspiesza kroku.
   Wiatr zaczyna wiać coraz szybciej, do uszu ludzi przebywających w Moskwie dociera kolejny dźwięk grzmotu. Nagle zaczyna padać deszcz, początkowo jakby niechętnie, krople powoli zaczynają opuszczać chmury, by uderzyć o ziemię. Pięć minut później, jakby śmielej, uderzają o ziemię coraz szybciej, jest ich coraz więcej, co jeszcze bardziej potęguje uczucie wszechobecnego chłodu. Tak, burza rozpoczyna swój koncert. Błysk, światła, na scenie pojawiają się aktorzy, krople wody, przyniesione przez wiatr, one tańczą, niektóre łagodnie, a inne niebezpiecznie, unoszą się w powietrzu tworząc ciekawy występ taneczny. Tańczą w takt muzyki tworzonej przez głośne grzmoty, ale także łagodne szeleszczenie liści, tak trudne do zauważenia w tym hałasie.
-Gorzej być nie może – mówi gniewnym tonem młody mężczyzna. Jego buty są całkowicie przemoczone, spodnie spotyka ten sam los, co obuwie. Na szczęście, jeszcze tylko jakieś pięć minut drogi, pociesza się w myślach. Mimo, że idzie ulicami Moskwy w nocy, czuje, że chmury burzowe zaczynają ustępować naturalnej ciemności związanej z brakiem gwiazdy oświetlającej nasza planetę. Na twarzy przybłąkuje się mały uśmieszek, który powoduje, że jego oblicze nieco łagodnieje, a w brązowych oczach zaczynają błyskać te wesołe iskierki, dawno niewidziane przez.. Nikogo? Tak, bowiem ten człowiek kocha żyć w hałasie, zakładać maski i nigdy nie daje się poznać.
Po paru chwilach już widzi cel swojej nocnej przechadzki – dawno opuszczoną rezydencję na przedmieściach Moskwy. Ściąga kaptur z głowy, ukazując dość krótko przystrzyżone, brązowe włosy.      Wraz z pokazaniem twarzy, znów ubiera maskę chłodnego, bezwzględnego człowieka. Podchodzi do drzwi, ale nie puka, czy dzwoni, lecz wyciąga z kieszeni magnetyczną kartę i wsuwa w otwór wywiercony w ścianie budynku. Sekundę później dioda zapala się, świecąc na zielono, a drzwi się otwierają.
-Rafael, spóźniłeś się – mówi po rosyjsku oskarżycielskim tonem mężczyzna około czterdziestki, siedzący przy stole, zastawionym słonymi przekąskami i dwoma butelkami czerwonego wina.
-Przepraszam – odpowiada pokornie Rafael w tym samym, choć tak mu obcym języku– to już się nigdy nie powtórzy.
-Tak, ja też tak uważam, ponieważ jeszcze jedne spóźnienie, a jego konsekwencje mogłyby być… powiem szczerze, niezbyt miłe.
-Panie Smirnow, Samochód mi się zepsuł. Byłbym wcześniej, ale..
-Nie będę słuchać twoich tłumaczeń, chłopcze – ucina ostrym tonem Smirnow – Nie przyszedłeś tutaj jedynie w celu napicia się wina, ale to też uczynimy. Walerio, podejdź tutaj!
   Na wołanie Miszy Smirnowa natychmiast odpowiada młoda Rosjanka. Gdy tylko ta staje w świetle starego żyrandola, Rafael czuje, że atmosfera nieco gęstnieje – otóż ma przed oczami jedną z najpiękniejszych kobiet na świecie: ciemne oczy idące w parze z takim spojrzeniem, przywołują mu na myśl rozgrzane węgle, w otoczce z długich, czarnych rzęs. Młoda kobieta usta ma pełne, pociągnięte czerwoną szminką. Długie, ciemne włosy spływają po plecach, upodabniając ją do anioła z czarnymi skrzydłami. Niewątpliwie, kolejnym jej atutem jest szczupła, ale kobieca sylwetka, odziana w czerwoną sukienkę. Długie nogi zostały podkreślone przez czarne szpilki. Tak, zdecydowanie, ta kobieta ma w sobie to coś, myśli Rafael, ostentacyjnie gapiąc się na postać podobną do rzymskiej bogini Wenus. Jego marzenia odnośnie owej kobiety prysły jak bańka mydlana, gdy, pochodząc do stolika, złożyła na ustach Smirnowa długi pocałunek.
-Walerijo, to jest Rafael. – przedstawia oniemiałemu mężczyźnie piękność
-Witam panią serdecznie – gość szybko wstaje ze stołka, bierze dłoń Waleriji i, schylając się, muska ja ustami. – U nas, w Polsce, mamy taki zwyczaj, że tak obchodzimy się jedynie z najpiękniejszymi damami
-Polacy są dziwni, nigdy ich nie lubiłam. No cóż, będę musiała ciebie przeboleć. – mówi nieco oschle Walerija – Nalać wam wina?
-Tak, kochana, poproszę. Możesz nas później zostawić? – mówi Misza
-Oczywiście – odpowiada młoda kobieta, nalewa wina do kieliszków, po czym oddala się do innego pokoju. Rafael patrzy się na jej długie nogi, ale z rozmarzenia wyrywa go pełen jadu wzrok Rosjanina.
-Wiem, że ona jest atrakcyjna, ale należy jedynie do mnie. – mówi ze stoickim spokojem, podnosząc kieliszek do ust
-Od kiedy człowiek może należeć jedynie do kogoś? Nie jest to czasem wolna istota? – pyta Polak, lecz nie patrzy w oczy starszego towarzysza
-Rafaelu, głupi, naiwny, dzieciaku: ja mogę wszystko, dlatego ona może należeć do mnie. Jestem bogiem tego świata.
-Słyszałem trochę o panu, ale żeby od razu był pan bogiem, panie Smirnow?
-Wolski, wiem o tobie wszystko. Wystarczy moje skinienie głowy, a pójdziesz siedzieć za to, co zrobiłeś, a wiem, że to nie były rzeczy zgodne z prawem.
  Zapada dość krepująca cisza. Rafael nie umie się odezwać. Wie, co zrobił, ale nie wie, czy tego żałuje. Jego kompas moralny zwariował i znajduje się w ciągłym ruchu. Igiełka kompasu nie wie, którą stronę wskazać, więc krąży nie tylko obok zła i dobra, ale także stanów pośrednich. Ale czy one w ogóle istnieją?
-To wino rzeczywiście jest rewelacyjne – mówi Rafael już pewnym głosem – Czego pan ode mnie chce?
-Na razie chcę, żebyś ochraniał Waleriję. Odebrałem ją z gangu wrogiej mi mafii. Ona jest mi potrzebna.
-Do kochania? – pyta naiwnie Rafael, bowiem po ujrzeniu pięknej Rosjanki, mały kawałek serca jakby do niego wrócił. Nie, on nie może sobie na to pozwolić, więc szybko wyrzuca resztki człowieczeństwa z siebie. – Przepraszam, głupie pytanie.
-Wolski, Wolski, Wolski. Ty idioto. Oczywiście, że nie. Uczucia nie istnieją. Chyba, że nienawiść, w to jeszcze jestem w stanie uwierzyć. Pamiętaj, musisz umieć zabić każdego, kto będzie chciał choć złamać paznokieć tej kobiety.
-Wątpi pan we mnie? – pyta odważnie Rafael
-Nie. Ale pamiętaj – nie wolno ci choćby dotknąć Waleriji. Chyba, że ona na to zezwoli.
-Rozumiem. Ile jest mi pan w stanie dać za tą, można powiedzieć, usługę?
-Dwa tysiące na tydzień
-Pięć, bo inaczej nie mamy umowy, a zapewniam pana: nikt z mojej branży nie będzie chciał maczać palców w aż tak brudnym interesie. – Wolski doprowadza Miszę do tego, że jego żyła na karku zaczyna pulsować. Polak uświadamia sobie, że jeszcze nie zdążył się przyjrzeć swojemu nowemu szefowi.
Misza Smirnow wygląda na czterdziestolatka, być może dobił już do czterdziestu pięciu lat. Pozostał w formie, bowiem teraz nie widać brzuszka wylewającego się z koszuli, która jest włożona w spodnie z skrojonego na miarę, z wyglądu bardzo drogiego garnituru. Podłużna twarz Smirnowa nie należy do najprzyjemniejszych: na lewym policzku wyraźnie widać bliznę, biegnącą od ucha aż po żuchwę.
   Oczy ma ciemne, niemalże czarne, z pozoru podobne do tych od Waleriji, jednak w spojrzeniu Miszy można zauważyć jedynie chłód. Nos ma duży, a usta wąskie, między nimi wąs, a na wydatnej szczęce broda. W czarnych, krótkich włosach prześwituje kilka pasm siwizny, ale to tylko dodaje mu swego rodzaju grozy. Czy oceniając po wyglądzie, tego wysokiego mężczyzny należy się bać? Zdecydowanie tak.
Smirnow wstaje, Rafael również, po czym ściskają sobie dłonie.
-Wolski, nie zawiedź mnie, bo inaczej cię zabiję. Jeśli będziesz ochraniać Waleriję przez miesiąc, dostaniesz wszystko, czego zapragniesz.

-Do widzenia – odpowiada krótko Wolski i wychodzi z domu Miszy. Czeka go długa droga do domu.

***

   Stare. To miała być część dłuższego opowiadania, ale nie jestem w stanie go dokończyć, poza tym, chyba się nie będzie podobać nikomu. 
Przepraszam, nie jestem w stanie nic nowego napisać. Zbliżają się wakacje, w szkole luźniej, może wrócę, ale nic nie obiecuję... 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Obserwatorzy